Co tu znajdziesz

Testy zabudów kamperowych, namiotów dachowych i akcesoriów wyprawowych. Relacje z tras – od Bieszczad po Maroko. Poradniki techniczne, instrukcje, FAQ. Nowości produktowe i informacje o targach.

O nas

OFFLANDER to ekipa, która projektuje sprzęt wyprawowy i sama z niego korzysta. Bazujemy w Gliwicach, jeździmy po świecie. Każdy nasz produkt przechodzi testy w terenie – na Bałkanach, w Maroku, na Kaukazie, w polskich Bieszczadach.

travelcampexplore

Powrót na Północ z rodziną – Trollstigen, Lofoty, Senja, Nordkapp


EXPLORE: Norwegia w krainie białych kamperów. Część 2


To kontynuacja naszej pierwszej długiej rodzinnej wyprawy do Norwegii. W pierwszej części opowiedziałem, jak po dwóch latach przygotowań ruszyliśmy do Skandynawii Fordem Rangerem z zabudową kamperową HADADA – naszym pierwszym dłuższym testem konfiguracji, w której śpimy w czwórkę: rodzice na piętrze w queen size, dzieci na dole, na rozkładanym spaniu, które w ciągu dnia jest kuchnią. Teraz druga połowa wyprawy. Trollstigen, Ściana Trolli, Lofoty, Senja, Nordkapp.

Przygoda w Norwegii to już prawie dwa tygodnie drogi za nami. Wiele widzieliśmy, ale też wiele musieliśmy ominąć, wiele zostawić na następny raz. Podróżujemy sami jako rodzina dwa plus dwa. Nasz samochód to Ford Ranger z zabudową kamperową HADADA. Nietuzinkowy zestaw do overlandingu, i całkiem możliwe, że „overkill” jak na Skandynawię. Sprawdza się jednak wyśmienicie – szczególnie że dojrzewaliśmy dotychczas w podróżach z namiotem na dachu.

Jesteśmy sami w krainie, w której królują białe kampery. Jesteśmy niezależni i tam, gdzie możemy, wjeżdżamy bez problemu, rozkoszując się niezależnością, samotnością i niesamowitymi widokami. Bywają chwile, że ulegamy rozkoszom norweskich drogich hoteli – właśnie wtedy, gdy deszcz pada poziomo. Też się to wpisuje w tę podróż.


Pochowane Trolle

Płacimy za wjazd na Dalsnibba. To jeden z najpiękniejszych punktów widokowych w okolicy. Prowadzi tam też jedna z najciekawszych i malowniczych dróg, wspinających się na około tysiąc pięćset metrów. Kończy się to wielkim parkingiem, restauracją, sklepikiem oraz tarasem widokowym. Wychodzimy z samochodu, dzieci odmawiają. W końcu jesteśmy sami, stoimy i robimy sobie zdjęcia. Robi się interesująco. Ewa włożyła swój ulubiony żółty strój kąpielowy. Mamy mokre twarze, wieje i pada nieustannie. Śmiejemy się, że żółty sztormiak to w rzeczy samej najseksowniejsze norweskie bikini.

Następnego dnia wspinamy się na punkt widokowy nad fiordem Geiranger. Z lewej miasteczko i mały port, do którego wpływają małe promy. Po prawej widać zakręt znikający za horyzontem w głąb fiordu. Ściany fiordu z daleka wydają się być małe, ale porównując je do pływających tam statków – są po prostu gigantyczną pionową ścianą. Tu i ówdzie wodospad przecinający zieleń walczącą ze stromizną.

Jest czas na chwilę refleksji przed parkiem Trollstigen oraz Ścianą Trolli i samą Drabiną Trolli. Na którą wyczekujemy niecierpliwie, naczytawszy się w przewodnikach, jak piękna i niesamowita ona jest. Trasa numer 63 jest dość dobrze znana – stroma droga wijąca się, w naszym przypadku w dół, z rzekomo niesamowitymi widokami.

Serpentyny ładnie rysują się na mapie, a w rzeczywistości znikają nam po trzech zakrętach. Jedziemy na wiarę, w kierunku dźwięku wodospadu Stigfossen, który robi nam za przewodnika swoim hukiem. Na platformach widokowych mamy widok jak na Dalsnibba. Odpuszczamy tym razem przywdziewanie norweskiego bikini i jedziemy dalej. Pod Ścianą Trolli moglibyśmy pewnie zagrać tylko w „zgadnij kontur” lub gdzie pochowali wszystkie te słynne Trolle.

Tu pojawia się jedna z tych chwil, gdy mocno doceniam, że jedziemy z zabudową. Kiedy pogoda mówi „nie”, ja mogę powiedzieć „trudno, jedźmy dalej”. Nie kapitulujemy. Nie szukamy hotelu. Po prostu jedziemy dalej, a wieczorem otwieramy dach kapsuły w wybranym przez siebie miejscu – nad rzeką, nad fiordem, gdzieś w cieniu wielkich brzóz. Z namiotem dachowym ten sam scenariusz oznaczałby wieczorem zmęczenie, marudzenie dzieci i kapitulację na campingu z prądem.


Norweskie taczki i pochowane domki

Po drugiej stronie Geiranger – Trondheim. Stary kamień katedry Nidaros oraz kolorowe domki. Sama katedra Nidarosdomen jest kilka razy mniejsza od tych, które dotychczas odwiedzałem w południowej Europie. Niemniej jej historia jest unikalna. Wszędobylskie zdobienia nawiązujące do wikingów, smoków i bożków religii nordyckiej namawiają mnie na późniejsze eksploracje literatury o fascynującej chrześcijańskiej podróży w krainie Odyna i Thora.

Trondheim był dla nas dobrym przerywnikiem. Naładowani słońcem, kulturą oraz porcją największych na świecie lodów, udajemy się dalej na północ.

Tam, w okolicy jeziora Snasavatnet, trafiamy na biwak, który stanie się jednym z najbardziej zapadających w pamięć. Wjazd na koniec długiej drogi szutrowej, przed nami moczary, wysoka trawa i labirynt desek. Każda deska prowadzi jak kreska na mapie do hytt. Te są rozproszone wokół jeziora Oyingen. Malutkie i jak zawsze dobrze pochowane.

Długo zastanawiam się, po co te deski – chodzenie po nich jest niewygodne i wymaga co najmniej gracji modelki na wybiegu. Wybieramy się na spacer i eksplorowanie. Ewa, niezmiennie, na zimne kąpiele. Na parkingu spotykamy Norwegów – jest ich całkiem sporo. Wszyscy pakują duże plecaki i torby, udają się na weekend do swoich hyttek. Wtedy zauważam taczki oparte przy budynku gospodarczym. Jest tam też sporo narzędzi i paczkowane drewno na paletach. Taczek jest dużo. Liczę… dziesięć, dwadzieścia… niektóre mają numery, niektóre nazwiska wypisane czerwoną farbą.

Taczki, drewno, deski. Wszystko jasne. Taczki to bardzo sprytny i prosty sposób transportu rzeczy do hyttek. Norweski geniusz w organizacji – nie ma drogi, więc każdy ma swoją taczkę z imieniem.


66°33″ – za kołem podbiegunowym

Następnego dnia ruszamy przekroczyć koło podbiegunowe. Trasa ciągnie się nieubłaganie na północ, za oknem deszcz, lasy i setki zakrętów, które nas nużą przez kolejne jedenaście godzin. W tym czasie nasze dzieci uczą się, co znaczy norweska cisza – zręcznie używane przez rodziców do dziś.

Mamy też przyjemność przekroczyć magiczny równoleżnik 66°33″. To oznacza, że teraz jesteśmy w Norge Norge – poza kołem podbiegunowym, w Arktyce. Świadczy o tym wiele naklejek, kubków oraz innych upominków, które podziwialiśmy w specjalnie przygotowanym wielkim sklepie na totalnym pustkowiu przy drodze. Część z nich zakupiliśmy. Ochoczo.

Spotykamy też naszych przyjaciół – Piotrka i Marzenę z Overlanding Senja. Pomogli nam w przygotowaniach jeszcze przed wyjazdem, a teraz – już na trasie – ich rady dosmaczają każdy kolejny etap. Mieszkają na wyspie Senja i organizują wycieczki po wyspie i całej Norwegii. Z ich pomocą podróż staje się łatwiejsza.


Lofoty – poziomy deszcz i drogie domki rybackie

Już na promie do Lofotów słyszymy ostrzeżenia z deku samochodowego. To wyjące alarmy wszystkich zaparkowanych tam samochodów. Pogoda typowo norweska – z lewej pada deszcz, z prawej świeci słońce, morze mocno wzburzone.

Lofoty były przez nas długo wyczekiwane. Poświęcamy na nie trzy dni. Krajobraz jest niesamowity. Strzeliste góry wydobywające się z morza, czasem o pionowych ścianach, aby potem zniknąć ponownie w spienionej wodzie. Wrażenie robi też wiatr i woda, które miesza się razem, żeby stworzyć poziomy deszcz. Czasem tak narowisty, że nie chce się wychodzić z samochodu. Czasem ustępuje promykom słońca, które tworzą spektakularne tęcze, rozjaśniając horyzont i nasz zapał.

I tu Lofoty pokazują swoje drugie oblicze. Znikający entuzjazm Norwegów do turystów. Widzimy wszędzie znaki drogi prywatnej, zakazu parkowania, szlabany. Jedyne miejsca na biwak to przydrożne betonowe alkowy, w których „biali” chętnie gromadzą się w kupki mentalnego samowsparcia. Dla nas nie są to dobre okolice. Biwakowanie na Lofotach było poważnym wyzwaniem.

Dlatego większość naszego budżetu wydaliśmy na hotele, które mocno wstrząsnęły naszymi portfelami. Nie żałujemy ani trochę.

Pierwszej nocy śpimy w domkach rybackich w okolicach Kabelvåg. Mała przystań przeistoczona w ciekawy hotel, malutkie pokoje. Drugi nocleg to także domki rybackie, tym razem w Nusfjord. Cała zatoka zaadaptowana jako ośrodek hotelowy z około czterdziestoma starymi rorbu – tradycyjnymi norweskimi domkami rybaków zamienionymi na pokoje hotelowe. Klimat potęguje restauracja, restauracja z może za bardzo wysublimowanym jedzeniem, ale na pewno niesamowitym klimatem. Surowe deski, stare gwoździe i widok za milion dolarów.

Większość wieczoru spędzamy w ukrytej na drugim piętrze biblioteczce, wertując czasopisma i książki o skandynawskim wystroju wnętrz oraz mapy podróżnicze. Towarzyszy nam cały czas widok na zatokę, dostępny przez olbrzymie okno wycięte w ścianie. Świst powietrza, cisza – i raz za razem przeszywający ją skrzek mew gnieżdżących się na pobliskiej skale.

Trzeciego dnia dobijamy do miasteczka Å, w którym poza samą nazwą nie ma za wiele do oglądania. Po drodze zatrzymujemy się na lunch u Anity w Sakrisøy. Pałaszujemy smaczne burgery z łososia, dorsza oraz kraba. Zaopatrujemy się w tubki z pastą kaviar oraz stockfish, czyli tradycyjnie suszony dorsz. Tørrfisk – niesolony dorsz suszony na powietrzu i wietrze. Chłodne, suche powietrze i bryza znad Golfstromu pozwalają na powolne dojrzewanie ryby. Później doczytuję, że ponad dziewięćdziesiąt procent jest eksportowane do Nigerii.

Lofoty to jednak swoista wisienka na torcie, ale na pewno nie sam tort, który w norweskim przepisie ma wiele warstw i smaków.


Senja – mini Norwegia

Z Lofotów ruszamy na Senję – wyspę, która okazała się mini Norwegią. Wyspa ma wszystko, co kojarzy się z tym krajem: fiordy nad Mefjordem i Bergsfjordem, plaże z białym piaskiem w Ersfjordzie i Bøvær, płaskie i łagodne wnętrze z brzozowymi lasami i jeziorami, rybackie wioski jak Husøy przyklejone do skały. Jedziesz dosłownie kilka kilometrów i krajobraz przeskakuje z fiordu na ocean, z klifów na wydmy.

To na Senji, podczas burzy na kamienistej plaży, mam chwilę szczerej refleksji nad naszym zestawem. Bydle naprawdę się sprawdza. Bruno z Basią po burzy i tak biegają w kaloszach i swoich „norweskich bikini” – sztormiakach – po skałach, odkrywając okoliczne muszle, kraby i żyjątka. Burza ich nie zatrzymuje, bo mają gdzie wrócić.

Obserwując białe kampery i przekonwertowane vany, na pewno brakuje nam luksusu i przestrzeni. Niemniej uniwersalność pickupa plus budka kamperowa oraz fakt, że najlepsze miejsca odwiedzamy tylko my – utwierdza nas w przekonaniu o dobrym wyborze. Tam, gdzie my parkujemy, inni nie wjeżdżają. Albo nie chcą, albo nie mogą.

Dzisiaj śpimy na kamienistej plaży, gdzie wjechać można tylko na reduktorze. Dzisiaj rano podniesione zawieszenie ratuje nas przed przypływem, który w nocy porywa część naszej garderoby pozostawionej nieumyślnie na zewnątrz. To kosztuje nas dwie skarpetki Bruna i jedno polarowe coś, co po przypływie znalazłem już bez nadziei na odzyskanie. Lekcja: nigdy nie zostawiaj rzeczy na plaży, na której nie znasz pływów. Następnym razem schowamy wszystko do schowków zewnętrznych zabudowy – w końcu to po to tam są.

Pogoda na Senji rozpieszcza. Dzieciaki brodzą w krystalicznie czystej wodzie na skalistej plaży z piaszczystym dnem. Bruno zdobywa kolejne nieżywe zdobycze. Ewa z Basią ćwiczą jogę. Totalna idylla. Ale szybko się kończy – jesteśmy już ponad dwa tygodnie w drodze. Nie chcąc łamać ducha rodziny i mimo dobrej pogody, decyduję się nie ciągnąć ich aż na Nordkapp. Odstawiam rodzinę na lotnisku w Tromsø.

Dalej jadę sam.


Sam na trasie do Nordkappu

Jestem sam. Jakoś tak cicho. Nikt nie śpiewa, nikt się nie śmieje, nikt nie marudzi. Z jednej strony cieszę się, że jestem sam, z drugiej – żałuję, że nie ma ich ze mną. Trasa jest wymagająca – cztery tysiące kilometrów na Nordkapp i z powrotem. Pogoda na północy to względnie czternaście do dziesięciu stopni. Czuję się usprawiedliwiony.

Kolejne dni to biwaki w dziczy i wiele, wiele kilometrów każdego dnia. Na początku powiedziałem sobie, że dalsza podróż będzie tylko mieszanką tego, co już widziałem. Że nic mnie nie zdziwi, że to tylko nudna droga do celu. Nie mogłem być bardziej w błędzie.

Pierwszego dnia samotnej części jadę z lotniska na północ, żeby skończyć na zamkniętej sekcji starej drogi E6 w okolicach Lyngenfjorden. Mam dla siebie małą alkowę, na drodze, którą nikt już nie jeździ. Parkuje tam tylko stara przyczepa i ja. Czeka tam też spektakularny widok na głębokie fiordy otoczone majestatycznymi górami Alp Lyngen. Wieczorem w lodówce odkrywam zapomniane steki i rozpalam ognisko. Żując krwisty i soczysty kawałek mięsa, podziwiam szczyty gór ze łbami w chmurach. Strzeliste trzy siostry w alpejskim stylu, na tle których co kilkadziesiąt minut przepływa prom, tworząc bajeczny widok.

Tu doceniam jeszcze jedną rzecz, której wcześniej nie zauważałem – lodówka w zabudowie naprawdę zmienia jedzenie w trasie. Mogę kupić mięso w jednym mieście, jeść je trzy dni później, na pustkowiu, bez kombinowania z lodem czy szukaniem campingu z prądem.

Jazda samemu jest bardziej dynamiczna i frywolna. Zakręty stają się nagrodą prowadzenia samochodu, a nie udręką podczas kryzysowego zarządzania nudnościami dzieci. Pojawiają się renifery, które w okolicach wyspy Skorpa widzę po raz pierwszy. Fotografuję, szukam najlepszego ujęcia – tak aby przez najbliższe dni przeklinać je za frywolne i niezdarne gramolenie się na środek drogi.


Trawa, bagno i nic

Krajobraz zmienia się nieubłaganie. Trzy zakręty temu, właściwie. Nagle nie ma szczytów gór, nie ma dostojnych wysokich drzew. Jest bagno. Są te przeklęte renifery. Karłowate, powyginane jak rogi reniferów brzozy, które walczą o byt na wietrznych pustkowiach Stokkedals.

Droga ciągnie się przez następne osiemdziesiąt kilometrów, żeby ponownie zmienić się nie do poznania. Na horyzoncie Porsangerfjorden, który będzie mi towarzyszyć przez najbliższe dwa dni. Roślinność powoli przestaje istnieć. Ustępuje łupkowym skałom, pustemu widokowi na morze, świstom wiatru i tym przeklętym reniferom.

Szukam biwaku. Jest tu o wiele więcej opcji niż na Lofotach, ale wciąż królują przyasfaltowe alkowy z białymi pojazdami. Wjeżdżam za zakazaną drogę w okolicach Kafjord. Przypadkiem oczywiście, nie widząc tych dwóch białych z czerwonym kółkiem znaków. Odkrywam tam opuszczoną wioskę wzniesioną na szczycie półwyspu. W dole dwie plaże i pozostałości po starych budynkach. Wygląda, jakby to wszystko całkowicie wywiało z biegiem czasu.

Mimo totalnego zmęczenia, zmuszam się do szukania innego noclegu zaraz po tym, jak przypominam sobie przelicznik koron za każdy metr wjechany poza zakaz. Jestem słaby z matematyki, ale wiem, że mnożnik kilometrów byłby drogi.

Znajduję inne miejsce. Wygląda na legalne, albo przynajmniej wywiało już wszystkie znaki. Nie ma praktycznie nic. Cały krajobraz został wymazany. Nie ma drzew, nie ma krzewów, nie ma reniferów. Są kamienie, trochę trawy i wełnianki tam, gdzie są strugi wody. Rozbity w niewielkim uskoku koło małej tamy, podziwiam ten brutalny i surowy krajobraz północy. Jest sucho i ciepło, w okolicach ośmiu stopni za dnia, noc nie przychodzi szybko.

Pozwalam sobie na ogień. Odgrzewam wczorajsze steki na grillu i przygotowuję się powoli na kulminacyjny dzień tej wyprawy.


Nordkapp – cel, który nie jest celem

Wstaję wcześnie i pokonuję ostatnie kilometry. Dojeżdżam w końcu na Nordkapp. Spaceruję po wyludnionym parkingu, podziwiam to mocno spreparowane dla turystów otoczenie. Robię zdjęcie przy ikonicznym globusie. Spaceruję.

I tak naprawdę zdaję sobie sprawę ponownie, że w podróży ważne jest to, co jest w drodze, a niekoniecznie co jest na jej końcu. Chociaż dobrze jest też mieć jakiś azymut, który prowadzi nas za rączkę.

Podczas śniadania w nordkapowej restauracji utwierdzam się też w tym, że moje osiągnięcia niekoniecznie są największe i ekstremalne. Obserwuję azjatycką parę, która kipi ze szczęścia, będąc tu wynajętym samochodem, przyleciawszy na najbliższe lotnisko samolotem. Robię zdjęcie dwóm braciom z Niemiec, którzy rozmawiają ze sobą w całkowitym milczeniu, przeżywając swój moment. Pomagam im to zapieczętować, bo ewidentnie nie mieli odwagi poprosić o wspólne zdjęcie. Rozmawiam też z Mario przy kawie, który mimo siedemdziesięciu lat przyjechał tu na rowerze z Rzymu.

Ja w swojej terenówce nie jestem mu równy? Nie, to moja i mojej rodziny przygoda, to nasze wyzwanie. Dało nam szczęście i spełnienie. Niezależnie od celu – czy wielkiego, czy małego – ważne jest, żeby go mieć. Cel. To czasem wystarczy, żeby los popchnął nas do działania.


W drodze na dalekie południe

Nie będę ukrywał, że droga na południe była nudna w świetle ostatnich tygodni w Norwegii. Finlandia w danych mi ramach czasowych stała się drogą przez nieustanny leśny i płaski teren. Moim celem nie było odkrywanie tego kraju, ale powrót do domu. Poza przeklętymi reniferami, zjadam kilometry – tak, żeby znaleźć się dwa biwaki później w Helsinkach. Tam spotykam ludzi z Chile, podróżujących po Europie, z którymi mam później przyjemność spędzić trochę czasu w Estonii. Odwiedzają nas także w Polsce.

Teraz, gdy piszę ten artykuł, jestem na promie z Marsylii do Tangeru. Umawiamy się na wspólne odkrywanie Maroka, wraz z moją rodziną i starymi przyjaciółmi. Ale to już inna historia, która dopiero się pisze.


Co zabieram ze sobą z Norwegii

Po prawie miesiącu na trasie, czterech tysiącach kilometrów i przebyciu całej Norwegii od Świnoujścia do Nordkappu – mam kilka mocnych wniosków.

Po pierwsze, zabudowa kamperowa na pickupie była właściwym wyborem. Bez niej tej wyprawy z rodziną by nie było – odwlekałbym ją kolejny rok. HADADA dała nam buforu komfortu, którego potrzebowaliśmy, dom, do którego dzieci wracały wieczorem z dumą, niezależność od campingów i hoteli (poza Lofotami) i dostęp do miejsc, gdzie nigdy nie dotrze biały kamper.

Po drugie, norweska cisza, Allemansrätten i „zostaw jak zastałeś” zostają z nami na długo. To, czego Norwegia uczy nas o szanowaniu spokoju innych i natury – jest dla nas teraz wzorcem, nie pojęciem z przewodnika. Mam nadzieję, że uda nam się to przenieść do naszego codziennego życia w Polsce.

Po trzecie, dzieci dały radę. Basia i Bruno przeszli prawie miesiąc w trasie bez większych załamań, bez błagań o powrót do domu. Spali w swoim „domku”, bawili się na każdym biwaku, łowili kraby, brodzili w wodzie, ćwiczyli jogę z mamą, czytali książki. Norwegia była dla nich równie ważnym wyzwaniem co dla nas, choć wyrażali to inaczej.

Po czwarte, pogoda była tylko scenarystą. Wielokrotnie wspominam o niej w obu częściach tego reportażu, bo na pewno odgrywała dużą rolę. Ale nigdy nam strasznie nie przeszkadzała ani nie pokrzyżowała planów. Kreśliła scenariusz kolejnego epizodu, dawała dodatkowe wyzwanie. Bywało, że padało poziomo. Bywało też, że słońce świeciło dwadzieścia godzin na dobę.

Po piąte i ostatnie – najlepsze przygody dopiero przed nami. Norwegia była pierwszą długą rodzinną wyprawą w nowej konfiguracji. Następna już się szykuje. Maroko, Islandia, Afryka. Każdy kolejny etap nauczy nas czegoś o tym, czego naprawdę potrzebujemy, a co jest niepotrzebnym balastem.

Szerokości, uśmiechu i carpe diem.


Tekst: Bartek Warot. Pełna wersja reportażu „Powrót na Pół noc cz. II” ukazała się w magazynie OFF-ROAD PL nr 1-2/2026.

Planujesz długą rodzinną wyprawę z zabudową kamperową? Zerknij do naszej oferty zabudów OFFLANDER – w 2026 roku flagowcami są DUNA, WADI i ATAKAMA. Dobierzemy konfigurację pod Twojego pickupa, ekipę i kierunek podróży.


Z serii EXPLORE


#travelcampexplore

POWIĄZANE

ARTYKUŁY