
Co tu znajdziesz
Testy zabudów kamperowych, namiotów dachowych i akcesoriów wyprawowych. Relacje z tras – od Bieszczad po Maroko. Poradniki techniczne, instrukcje, FAQ. Nowości produktowe i informacje o targach.
O nas
OFFLANDER to ekipa, która projektuje sprzęt wyprawowy i sama z niego korzysta. Bazujemy w Gliwicach, jeździmy po świecie. Każdy nasz produkt przechodzi testy w terenie – na Bałkanach, w Maroku, na Kaukazie, w polskich Bieszczadach.
travelcampexplore
Wyprawa na Bałkany z zabudową kamperową OFFLANDER WADI S
Autor: Mikołaj Ruta
Jak co roku, kiedy tylko maj zaczynał majaczyć na horyzoncie, w głowie pojawiało się to samo pytanie. Nie: czy jechać, tylko dokąd tym razem. A odpowiedź od lat pozostawała niezmienna – Bałkany.
Były blisko, choć wystarczająco daleko, by poczuć, że opuszcza się uporządkowany świat codzienności. Dojazd był sprawdzony, noclegi pośrednie nad Dunajem znane niemal jak własne podwórko, a gdzieś dalej czekały góry, szutry, kaniony, śnieg, błoto i ta szczególna niepewność, która sprawia, że zwykły wyjazd samochodem zmienia się w wyprawę.
Majówka w tym roku nie układała się kalendarzowo najlepiej. Wolne zaczynało się dopiero w piątek, ale przecież człowiek nie po to przez cały rok czeka na wyprawę z zabudową kamperową, żeby potem pozwolić kalendarzowi decydować za siebie. Urywamy więc jeszcze kilka dni i ruszamy już w środę.

fot. Mikołaj Ruta
Tym razem jednak coś było inaczej.
Moja ledwo dotarta Toyota Land Cruiser 100, z przebiegiem 670 tysięcy kilometrów, została w domu. Weteran wielu tras, wierny kompan i maszyna, której ufałem bez zastrzeżeń, tym razem nie miał jechać na front. Jego miejsce zajął Hilux z kapsułą kamperową, potocznie zwany „kurnikiem”.
Chciałem sprawdzić dwie rzeczy. Po pierwsze, jak jeździ się nowym Hiluxem. Po drugie — i być może ważniejsze — jak w prawdziwej podróży sprawdzi się kapsuła Offlander Wadi S Premium.
Przed wyjazdem było, oczywiście, wiele rozmów. Dziesiątki rozmów. Czy zabudowa kamperowa jest lepsza od namiotu dachowego? Jeśli lepsza, to dlaczego? Czy warto? Czy to faktycznie zmienia sposób podróżowania? Czy tylko wygląda dobrze na zdjęciach i filmach?
Do tego dochodziły setki rozważań. Wyjazd do Maroka z Bartkiem, który podróżował z podobną zabudową kamperową, a później jego udział w rajdzie Budapeszt-Bamako, również z tą zabudową kamperową, wydawały się papierkiem lakmusowym. Wszystko wskazywało na to, że rozwiązanie może być niemal idealne.
Co było robić? Przejrzałem ogłoszenia Hiluxów, żeby zobaczyć, w czym można by potencjalnie wybierać, gdyby kiedyś zapadła decyzja o zmianie z LC100 na pickupa.

fot. Mikołaj Ruta
A potem przyszedł dzień wyjazdu.
Była godzina siedemnasta, kiedy ruszyliśmy w podróż samochodem po Bałkanach z Polski. Ekscytacja wisiała w powietrzu jak zapach ogniska przed pierwszym biwakiem. Jechaliśmy w dwa auta. Dołączył do mnie Darek swoją Ćwiartką, czyli Land Cruiserem 250.
Pierwszy etap minął spokojnie. Właściwie nic się nie działo, a to na początku wyprawy samochodowej zawsze dobra wiadomość. Na autostradzie rozpocząłem jednak mały doktorat z obsługi Hiluxa -konkretnie z tego, jak wyłączyć aktywny tempomat. Nie było to tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać, ale po krótkiej walce udało się. Uff.
Aktywny tempomat w Hiluxie nie okazał się najszczęśliwszym rozwiązaniem na autostradowe wojaże. Może winna była prędkość przelotowa około 100 km/h, może moje przyzwyczajenie do klasycznego tempomatu, a może po prostu technika próbowała być mądrzejsza od człowieka tam, gdzie człowiek wolałby prostotę.
Pierwszy biwak nad Dunajem, w okolicach Bratysławy, był nam doskonale znany. Korzystamy z tego miejsca właściwie za każdym razem w drodze samochodem na Bałkany. Jest prosto, wygodnie i przewidywalnie – idealny przystanek przed wejściem w teren.

fot. Mikołaj Ruta
Po sześciu godzinach od wyjazdu byliśmy już w Bośni.
Plan był ambitny, choć jak zawsze w tych stronach tylko częściowo zależny od nas. Pierwszym celem miała być Zelena Glava, szczyt o wysokości 2103 m n.p.m., i biwak samochodem z zabudową kamperową w dolinie nieopodal. Potem kanion rzeki Rakitnicy, wioska Lukomir, góra Brasina, pasmo Zelengora i powrót do Sarajewa przez Jahorinę. Żeby tradycji stało się zadość, w planie znalazły się również odcinki trasy TET, czyli Trans Euro Trail – szlaku dedykowanego motocyklistom, lecz jak wiadomo, dobre ścieżki nie pytają, czym przyjechałeś.
Pierwszy przystanek w Bośni zrobiliśmy na stacji benzynowej. I tam przyszedł pierwszy szok. Jesienią poprzedniego roku paliwo kosztowało około 2,3 KM. Teraz cena wynosiła 3,4 KM. Różnica robiła wrażenie. W praktyce wyszło prawie jak w Polsce.
Mieliśmy spotkać się z Rafałem w miejscowości Konjic.
Organizacja składu wyjazdu, jak zwykle, była loterią do samego końca. Początkowo zadeklarowało się siedem osób. Potem, wraz ze zbliżaniem się terminu, liczba aut stopniała do czterech. W sumie — optymalnie.
Dwa dni przed wyjazdem zadzwonił dumny właściciel Land Rovera Discovery 1.
— Połamała się rama.
Na szybko trudno było znaleźć kogoś, kto podjąłby się takiej roboty, więc z czterech aut zostały trzy.
Cóż. Nadal nie było źle.
Potem zadzwonił numer trzy.
— Lumbago. Nie dam rady się ruszać. Nie wyobrażam sobie jazdy z Warszawy do Bośni.
Smuteczek.
I kiedy wydawało się, że skład zaczyna topnieć szybciej niż wiosenny śnieg w górach, dostałem wiadomość od Rafała, który wracał z Bułgarii.
— Gdzie jesteście? Chętnie bym jeszcze pojeździł.
Tak więc Konjic stał się naszym prawdziwym początkiem. Ruszyliśmy na podbój Bośni: dwie Ćwiartki i Hilux z zabudową kamperową Wadi S.
Już podczas zjazdu do miejsca spotkania widać było pasmo Gór Dynarskich. Wszystko przykryte śniegiem. Zelena Glava w takich warunkach mogła wymagać sprzętu górskiego, którego nie mieliśmy. Takiej ilości śniegu nikt się nie spodziewał. Rok wcześniej w Macedonii, na wysokości około 2000 metrów, trafiały się jedynie pojedyncze płaty. Tutaj była regularna zima.
Decyzja zapadła szybko.
Jedziemy w kierunku Lukomiru.
Po zjechaniu z asfaltu droga zmieniła się w szutrowo-kamienisty trakt. Po około dziesięciu kilometrach natrafiliśmy na osobówkę stojącą na ledwo widocznych światłach awaryjnych. Co ciekawe, nie był to Golf 2.
Kierowca poprosił o pomoc. Potrzebował, żeby zaciągnąć go na przełęcz. Pod górę. Potem, jak twierdził, zjedzie już sam do swojej wioski — Dubočani.
– Pomożecie?
– Pomożemy.
Chwilę później dzielny Hilux ciągnął osobówkę w górę. Szczerze mówiąc, prawie nie było czuć, że mam coś na sznurku. Darek skomentował przez radio:
– Ten chłop wygląda na bardzo wprawionego w jeździe na sznurku.
Jechaliśmy dalej. Na przełęczy usłyszałem klakson. Zatrzymałem się. Okazało się, że nasz nowy kolega od kilkudziesięciu metrów jechał na zblokowanych kołach, próbując skręcić do siebie. Hilux jednak nie odczuł tego w żaden szczególny sposób. Cóż. Pan pojechał samochodem w swoją stronę, a my w swoją.
Upragniony nocleg znaleźliśmy między opuszczonymi chatami pasterzy.

fot. Mikołaj Ruta
Rano widok odebrał nam mowę.
Monumentalne pasmo gór Prenj stało przed nami jak kamienna twierdza. Ośnieżone szczyty, surowe i wyniosłe, patrzyły na nas z góry, jakby sprawdzały, czy naprawdę wiemy, dokąd przyjechaliśmy. W jednej chwili stało się jasne, że pomysł wjechania samochodem w sam środek tych gór jest świetny — ale raczej na miesiące letnie.
To była również pierwsza noc w górach spędzona w zabudowie kamperowej.
Po krótkiej walce z ustawieniami Webasto okazało się, że rozwiązanie jest znakomite. Za jednym zamachem mieliśmy ciepło w środku i ciepłą wodę. Luksus, jak na warunki wyprawowe, niemal podejrzany. Dodatkowo ogrzewanie miało funkcję wyłączania się po osiągnięciu zaprogramowanej temperatury.
Ustawiłem 21 stopni.
W nocy obudziłem się z przekonaniem, że to nie kurnik, tylko piekarnik. Nawet gałki oczne miałem wyschnięte. Jutro ustawię mniej.
Komfort, jaki daje zabudowa kamperowa, trudno opisać komuś, kto o poranku nie musiał wychodzić z ciepłego wnętrza prosto w trzy stopnie na zewnątrz. Byliśmy może nie bardzo wysoko, bo około 1200 m n.p.m., ale ta wysokość skutecznie przypominała, że kwiecień w górach nie zna litości.
W zabudowie kamerowej było ciepło, sucho i przyjemnie. Ubieranie w cieple. Śniadanie w cieple. Poranna krzątanina ograniczona do zsunięcia łóżka oraz ułożenia kołdry i poduszek.
Patrząc na chłopaków jedzących śniadanie w puchówkach, czułem się trochę nieswojo. U mnie nadal było ciepło.
Składanie majdanu poszło szybko. Jak się okazało, złożenie dachu zabudowy kamperowej Wadi S jest szybsze niż złożenie namiotu dachowego. Już wtedy poczułem, że na kolejnej wyprawie samochodowej może mi tego brakować.
No dobrze, komfort komfortem, ale przyjechaliśmy przecież w teren. Trzeba było sprawdzić, co ten zestaw potrafi. Czy Hilux z zabudową kamperową dorówna setce?
Droga wciąż była szutrowo-kamienista. Widoki piękne. Sam kanion Komarnicy? Cóż, ładny, ale do kanionów Tary i Pivy w Czarnogórze jeszcze mu daleko. Bardziej głęboka dolina niż miejsce, które wbija człowieka w ziemię.
Dojechaliśmy do Lukomiru — wioski chętnie pokazywanej przez youtubowych twórców jako wyjątkowa, tradycyjna pasterska osada w Bośni i Hercegowinie, najwyżej położona i najbardziej odizolowana w kraju.

fot. Kasia
Trudno było mi w to uwierzyć.
Może dwadzieścia domów, pięć straganów jak na Gubałówce, cztery restauracje podające kawę i posiłki oraz blisko setka quadów z turystami, którzy czerpali przyjemność z górskich wycieczek w kolumnach. Przepraszam — sto trzydzieści quadów. Właśnie przyjechała kolejna wycieczka.
Weszliśmy na pobliski szczyt Vijenac, 1496 m n.p.m., a potem ruszyliśmy dalej, żeby znaleźć miejsce na obiad. Jadąc samochodem w stronę Sarajewa, natrafiliśmy na kolejną wycieczkę quadów. Było ich około pięćdziesięciu. Całkiem dobrze prosperujący biznes.
W końcu udało się uciec z popularnego szlaku. Pojawiła się cisza, przestrzeń i widoki bez dziesiątek przejeżdżających ludzi.
Następny przystanek: druga strona kanionu Rakitnicy.
Tamta wcześniejsza była lepsza.
Postanowiliśmy więc zjechać do Mostaru, zrobić zakupy, zatankować i w końcu pojechać na prawdziwy off-road.
Podjazd z Mostaru na górę Brasina od lat pozostaje niezmiennie świetny. Dużo kamieni, dużo zakrętów, dużo widoków. Droga wspina się coraz wyżej, a człowiek czuje, że z każdym metrem zostawia za sobą asfaltowy świat.
Po drodze minęliśmy motocyklistów z Polski. Od nich dowiedzieliśmy się, że nie ma możliwości wjechania na samą górę. Wiosną zeszła lawina. Śnieg, kamienie i wszystko, co góra uznała za zbędne, spadło na drogę. Przejazd był kompletnie niemożliwy.
Cóż.
Zamiast ataku na szczyt wybraliśmy epicki biwak z widokiem na pasmo Velež, część Gór Dynarskich. Po drodze mieliśmy jeszcze do przejechania dość spore pole minowe. Zawsze się udawało.
Biwak, jak zawsze w tym miejscu, okazał się fenomenalny. Hilux i kurnik zasługiwały na własną sesję zdjęciową. Mógłbym przyzwyczaić się do spania w kapsule. Jest wygodnie, miejsca do spania wydaje się aż nadto, a ubieranie się w cieple naprawdę zmienia reguły gry.
Poranek był tak ciepły, że tym razem aż szkoda było siedzieć w środku i przygotowywać śniadanie. Próbowałem zrobić to hybrydowo — trochę w zabudowie kamperowej, trochę na zewnątrz. Szkoda było pogody na zamykanie się w środku.
Następny przystanek: Vrgorsko gorje.
Niekończące się trawiaste połoniny, które pozwalają jechać niemal w każdym kierunku. Ogromny plac zabaw dla terenówek. To właśnie tam miała pojawić się możliwość prawdziwego testu Hiluxa wraz z zabudową kamperową Wadi S.
I pojawiła się.
Ruszyliśmy stromymi, trawiastymi podjazdami i zjazdami. Czasem trafiały się trawersy. Spodziewałem się, że pickup z zamontowaną zabudową kamperową będzie miał tendencję do większych przechyłów, a więc do tego słynnego momentu, w którym człowiek zaczyna myśleć: „zaraz położymy się na bok”.
Ku mojemu zdumieniu, zabudowa kamperowa Wadi S na pace nie powodowała nadmiernego przechylania się auta. Zestaw zachowywał się pewnie. Oczywiście podczas tego wyjazdu stosowałem technikę RTO — „Raczej To Ominę”. Dwie Ćwiarteczki Darka i Rafała zgrabnie hasały po pagórkach, które ja już odpuszczałem.
Ale właśnie wtedy przyszła jedna z tych chwil, dla których jedzie się tak daleko. Przestaje istnieć czas, obowiązki i codzienność. Są tylko auta, trawa, góry i przestrzeń tak szeroka, że człowiek przez moment czuje się naprawdę wolny.
Później przyszedł czas na miejsce, które nazwaliśmy TPN — od Tatrzańskiego Parku Narodowego, bo okolica bardzo przypominała tatrzańskie klimaty.
Jezioro Kladopoljsko leży w paśmie Zelengora, części Gór Dynarskich, na krasowym płaskowyżu Kladovo polje, na wysokości około 1380 m n.p.m. Po dniach jazdy przyszła pora rozprostować kości.
Ruszyliśmy na trekking. Celem było jezioro Štirinsko.
Widoki w naszej kamperowej podróży były nieziemskie. Strzeliste szczyty, piargi, kosodrzewina i płaty śniegu tworzyły krajobraz surowy, czysty i piękny. Niestety nie udało się dojść do celu. Śniegu było zbyt dużo. Po trzech godzinach marszu w górę musieliśmy zawrócić.
Przed nami czekały kolejne off-roadowe wyzwania.
Ruszyliśmy nad jezioro Orlovačko, położone w Parku Narodowym Sutjeska. Przez chwilę można było mieć wrażenie, że trafiliśmy w Alpy. Było ognisko. Były najlepsze na świecie kiełbasy produkcji Darka. Była pogoda, było towarzystwo i był ten rodzaj spokoju, którego nie da się zaplanować w kalendarzu.

fot. Mikołaj Ruta
Rano ruszyliśmy dalej.
Ta część trasy była już zaplanowana całkowicie wirtualnie. A to zawsze oznacza jedno: przygoda może zacząć się natychmiast.
Po trzydziestu minutach od startu droga zrobiła się tak stroma i kamienista, że zawróciliśmy. Po dwóch godzinach od startu w ruch poszły maczety i piła. Po dwudziestu minutach pracy mogliśmy jechać dalej.
Po trzech godzinach od startu: piła, piła, piła. Maczeta, maczeta. Pierwsze dwa drzewa za nami.
Dalej było już tylko gorzej.
Pod koniec dnia, po sześciu godzinach od startu i przejechaniu zaledwie dwudziestu kilometrów, przyszła pora na budowanie kamiennego mostu. Widać taki mamy już zwyczaj – co roku trzeba zbudować sobie jakiś most.
W zeszłym roku w Macedonii zbudowaliśmy dwa mosty drewniano-kamienne. Tym razem Bośnia również nie chciała pozostać gorsza.
Ostatnim punktem wyprawy miała być góra Košuta koło Sarajewa, położona w paśmie Jahorina, które geograficznie należy do Gór Dynarskich. Szczyt wznosi się na około 1900 m n.p.m. i leży zaledwie kilkanaście kilometrów na południowy wschód od Sarajewa.
Rano nastąpił atak szczytowy.
Dojechaliśmy na wysokość około 1800 metrów. Na wyjeździe z jednego z lasków napotkaliśmy płat śniegu, który skutecznie zablokował dalszy przejazd pickupa. Być może dałoby się go przekopać
i przedostać na drugą stronę. Problem w tym, że nikt nie gwarantował, że za zakrętem nie czeka kolejny płat – taki, którego przekopywanie zajęłoby dwa dni.
A do domu mieliśmy ponad tysiąc kilometrów.
Zapadła decyzja o odwrocie. Powoli skierowaliśmy się ku zachodzącemu słońcu.
Lista spraw do rozliczenia z bośniackimi górami wydłużyła się o kilka miejsc, do których bardzo chcieliśmy dotrzeć, ale śnieg, błoto i rozsądek powiedziały: nie tym razem.
Na pewno tu wrócimy.
Będą ogniska. Będzie kiełbasa. Będzie zabawa.
A Hilux z kurnikiem?
Muszę przyznać, że jestem pełen podziwu. Zestaw z zabudową kamperową Wadi S daje naprawdę duży komfort. Pozwala przygotować się do dnia wewnątrz, ugotować posiłek, umyć naczynia, przespać noc w cieple i suchości, a jednocześnie w terenie niczym nie ustępuje nowym Land Cruiserom 250.
Jeśli ktoś ma już pickupa i używa go na co dzień do pracy, szybko montowana zabudowa kamperowa pozwala na błyskawiczną transformację auta użytkowego w terenowego kampera. Trudno porównywać to z klasycznym namiotem dachowym, bo tam większość czynności wykonuje się na zewnątrz. A to oznacza zależność od pogody.
Dziś pogoda nie dopisuje.
Dziś wszyscy siedzimy w kurniku i dyskutujemy, czy przejazd przez szczyt 1900 m n.p.m. będzie możliwy.
I chyba właśnie w tym kryje się sens takich wypraw. Nie w tym, żeby zawsze dotrzeć do celu. Nie w tym, żeby zrealizować plan punkt po punkcie. Tylko w tym, żeby mieć przed sobą drogę, obok ludzi, którym można zaufać, i gdzieś wysoko nad sobą góry, które po raz kolejny przypominają, że przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się pewność.









fot. Mikołaj Ruta, Kasia









